Merz potrafi zmarnować każdą okazję.

przez Helen Lewis

Znalezione w sieci

Marco Rubio i Friedrich Merz podczas MSC

"Merz za każdym razem potrafi zamienić świetną okazję w zapowiedzianą bramkę samobójczą. Sekretarz stanu USA Marco Rubio przyjeżdża do Monachium, wyraźnie starając się ponownie wprowadzić stosunki transatlantyckie na cywilizowane tory. Wypowiada pojednawcze słowa, mówi o wspólnym Zachodzie, współpracy, nawiązuje nawet do kultury i wykorzystuje cały arsenał dyplomatyczny. A co robi kanclerz Merz? Najwyraźniej wyczuwa wielką okazję do „antytrumpowskiej” tyrady i wygłasza moralizatorską przemowę na temat „kulturowej walki MAGA”. Wynik: stoi tam jak facet, który podczas uścisku dłoni najpierw wygłasza wykład na temat przyzwoitości, a potem zauważa, że druga osoba już dawno uśmiechnęła się przyjaźnie i sobie poszła.

Z politycznego punktu widzenia jest to nie tylko żenujące, ale i głupie. Bo kiedy Waszyngton wyciąga rękę, nie jest to wyznanie miłości, ale polityka interesów. Właśnie dlatego należy to zaakceptować, wykorzystać, negocjować bezkompromisowo i zadbać o to, aby Niemcy i Europa nie skończyły ponownie jako pouczający widzowie, którzy ostatecznie i tak płacą. Rubio sygnalizuje: pozostańcie partnerami, niezależnie od Indo-Pacyfiku, Europa nadal należy do kalkulacji. A Merz wysyła jako pierwsze przesłanie: „Mam tu wewnętrzną deklarację walki kulturowej”. Moment: katastrofalny.

Jeszcze gorsza jest nieadekwatność treści. Merz próbuje ująć wolność słowa w ramy; „u nas kończy się ona, gdy...”, i sprzedaje to jako klarowne stanowisko męża stanu. Szkoda tylko, że konstytucja RFN nie jest tak skrupulatna w kwestii wolności słowa, jak chcieliby tego polityczni mówcy niedzielni. Nawet twarde, obrzydliwe opinie są zasadniczo chronione, o ile nie mają zastosowania inne przepisy karne. Kto jako prawnik nagina to tak, aby służyło jako cios w stronę USA, nie tylko wystawia się na atak, ale także dostarcza idealny pretekst do zarzutu: Niemcy pouczają, podczas gdy sami majstrują przy własnych podstawowych zasadach.

A do tego dochodzi klasyczne berlińskie przecenianie własnych możliwości: Merz najwyraźniej spodziewa się ataku, przygotowuje się do wymiany ciosów i zbyt późno zauważa, że Rubio nie przyszedł, aby wszcząć awanturę, ale aby nawiązać dialog. To tak, jakby wyjść na boisko w kasku, spodziewając się bójki, a potem rozegrać mecz towarzyski. Tyle że tutaj nie chodzi o ego, ale o bezpieczeństwo, przemysł, energię, technologię, migrację, Chiny, Rosję i resztę świata, która nie interesuje się tym, czy niemiecki kanclerz właśnie poprawia swój wizerunek.

Merz samokrytycznie twierdzi, że Europa jest współwinna uzależnienia się od Stanów Zjednoczonych. To prawda. Ale konsekwencją tego byłaby dojrzała polityka siłowa: wzmocnienie obrony, zabezpieczenie energii i przemysłu, realistyczne ustawienie handlu zagranicznego, kontrola granic, uwolnienie innowacji, zlikwidowanie biurokracji. Zamiast tego mamy najpierw fajerwerki retoryczne przeciwko „walce kulturowej”, którą wygodnie toczy się na scenie, podczas gdy w domu rosną własne problemy. Rubio wygląda przy tym, jak ten dorosły w pokoju. A to zdanie, którego nie można powiedzieć o niemieckich szefach rządów.

W końcu pozostaje jedno: Niemcy nie potrzebują moralnego show na scenie, ale rządu, który dostrzega szanse, gdy się pojawiają, i nie odrzuca ich odruchowo, ponieważ pochodzą z niewłaściwego kraju lub niewłaściwego środowiska politycznego.

Polityka zagraniczna to nie sala seminaryjna. To basen z rekinami. A Merz wygląda raczej jak ktoś, kto wskakuje do basenu, aby najpierw wyjaśnić rekinom zasady panujące w tym miejscu."

//

Wróć

Aktualności

Po śmierci Chameneiego
Sukcesy KO
Wählertausch in Spanien
Co się dzieje w Wenezueli?
Włochy to nie plac zabaw

Wydarzenia

> Marzec 2026 >
Nie Pon Wto Śro Czw Pią Sob
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31