Europa chce się wyemncypować
przez Maria Legieć
„Mocarstwowość z hotelowej mównicy: Berlin marzy o sterze, lecz ambicja wyprzedza możliwości.”
„Europa will sich von den USA emanzipieren. Aber wie soll das gehen ohne Strategie und Geschlossenheit?“ (“Allgemeine Zeitung“ 12.02.2026)
Niemcy chcą przewodniczyć Europie. Europa chce się wyemncypować od Stanów Zjednoczonych. Ale jak tego dokonać bez strategii i jedności? – tak pytała 12 lutego 2026 roku niemiecka gazeta „Allgemeine Zeitung”.
Tegoroczna Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium w dniach 13-15 lutego stanowiła okazję do obwieszczenia przybyłym i całemu światu, że oto Niemcy nie potrzebują żadnego wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych, bo oni już są „dorośli” i teraz będą „samodzielni”. Słowa kanclerza Merza: „Stosunki transatlantyckie uległy zmianie.” i: „Europa musi uwolnić się od zależności od USA”- można, a nawet trzeba uznać za przełom w dotychczasowej narracji niemieckiej polityki. Merz w swoim wystąpieniu w hotelu „Bayerischer Hof” w Monachium przyznał wprost, że między Europą a Stanami Zjednoczonymi powstał „głęboki rozłam” i wezwał do redefinicji tego sojuszu. W mediach mówi się o „emancypacji” wobec USA. Przyczynę tego stanu rzeczy i diagnozę sytuacji bilateralnych powiązań podała, cytując kanclerza Niemiec gazeta „Die Tageszeitung” („TAZ”) w ten sposób: „Od czasu objęcia urzędu przez Donalda Trumpa UE i USA nie są już sojusznikami.” W prasie mówi się o konieczności „przeprowadzenia rozwodu” i choć Europa nie może obejść się bez Stanów Zjednoczonych – ani pod względem militarnym, ani gospodarczym, ani politycznym, to „warto dążyć do tej niezależności” - jak właśnie stwierdził kanclerz RFN. Na tym spotkaniu w Monachium zapowiedział on bardziej aktywną rolę Niemiec w Europie i przejęcie większej odpowiedzialności za bezpieczeństwo kontynentu. Można to odczytać jako wezwanie do „niemieckiego przywództwa” w Europie, jako koniec ukrywania niemieckich aspiracji przywódczych i zapowiedź nowej „Realpolitik” - jako sygnał: że Niemcy są gotowe przejąć ster.
Brzmi poważnie. Ale czy realnie? Zastanówmy się nad tym!
W związku z napięciami geopolitycznymi i kwestiami bezpieczeństwa, a także w obliczu rozpadu powojennego porządku, postulat emancypacji Europy, często określany jako „autonomia strategiczna”, nabrał w dzisiejszej rzeczywistości wielkiego znaczenia. I choć Berlinowi nie zależy na obecności amerykańskiej w Europie (jak wynikało z przemówienia kanclerza), a nawet odwrotnie – chodzi jej o to, aby wypchnąć USA, to jednak trzeba przyznać, że Europa jest ściśle związana z USA pod wieloma względami. Stany Zjednoczone pozostają nadal jej najważniejszym rynkiem eksportowym (ok. 20,6% eksportu z UE).
Europa, ustami kanlcerza Merza przyrzeka, że stanie się zdolna do działania militarnego, ale na dzisiaj, na terenie strategii bezpieczeństwa narodowgo nie uda się jej „odciąć” od USA, z którymi jest powiązana przede wszystkim militarnie. I właśnie w sferze militarnej sytuacja jest najbardziej jednoznaczna.
Przez lata państwa europejskie zaniedbywały wydatki na obronność. Jeszcze w 2024 roku Niemcy nie wydały wymaganych w NATO 2 procent PKB. Dopiero po rosyjskiej inwazji na Ukrainę powstał specjalny fundusz w wysokości 100 miliardów euro.
Tymczasem według danych sztokholmskiego instytutu SIPRI, Stany Zjednoczone pokrywały około 70 procent łącznych wydatków obronnych całego NATO - i po nich było „długo, długo nic”. Reszta – mówiąc brutalnie – w dużej mierze „jechała” na amerykańskich pieniądzach. Jeszcze niedawno Niemcy przeznaczały na armię zaledwie 1,3 procent PKB, Belgia około 1 procent. Dla porównania Polska w 2024 roku wydawała ponad 4 procent PKB, wywiązując się z zobowiązań sojuszniczych w sposób modelowy.
Dziś Berlin rzeczywiście zwiększa nakłady. Budżet obronny sięga około 127 miliardów dolarów. Planowana jest rozbudowa Bundeswehry do ponad 200 tysięcy żołnierzy, wprowadzane są nowe formy służby wojskowej, rekordowe środki przeznaczane są na modernizację uzbrojenia.
Ale przez lata Niemcy były – użyjmy mocnego określenia – militarnym karłem. Nie były w stanie wystawić nawet 200-tysięcznej armii. Brakuje rekrutów. Społeczeństwo nie chce powrotu do obowiązkowego poboru, dlatego w przypadku niewystarczającej liczby rekrutów, parlament (Bundestag) posiada uprawnienia do aktywizacji pełnego poboru w sytuacjach zagrożenia, co może wiązać się z procedurą ... losowania.
I właśnie ten argument - względy militarne, które charakteryzuje w Europie brak zdolności obronnyh - jest głównym powodem, dla którego nie ma ona szans na przejęcie roli lidera, bo jest mocarstwem o ograniczonej sile. Jej wadą jest brak spójnej strategii i jedności politycznej...
Co więc konkretnie stoi na przeszkodzie do osiagniecia tej planowanej przez kanclerza Niemiec emancypacji Europy i aspiracjom RFN do europejskiego przywództwa?
Przypatrzmy się bliżej problemom, z którymi boryka się państwo dążące do roli lidera:
Wbrew wygłoszonej przez Friedricha Merza na Konferencji Bezpieczeństwa frazy, że „Europa musi stać się „samonośnym filarem” NATO – na przykład dzięki europejskiej tarczy atomowej” - dotyczczasowy wkład Berlina w tworzenie tego „filara” był minimalny.
Czy państwo, które przez dekady zaniedbywało własną obronność, może z dnia na dzień stać się „filarem” europejskiego bezpieczeństwa? A przecież już sama emancypacja od USA wymaga znacznie więcej, niż tylko większego budżetu obronnego Niemiec. Europa potrzebuje wielu lat, aby osiagnąć na przykład pełną integrację przemysłu zbrojeniowego lub wspólną strategię bezpieczeństwa i realną, a nie deklaratywną europejską politykę zagraniczną.
Drugi filar - uprawniający dane państwo do roli przywództwa - to gospodarka. A na tym polu obraz również jest jednoznaczny: Niemcy – jeszcze niedawno nazywane gospodarczą lokomotywą Europy – przechodzą okres wyraźnego spowolnienia. Wysokie koszty energii po odcięciu rosyjskiego gazu, spadek konkurencyjności przemysłu, słaby wzrost PKB, problemy demograficzne i napięcia społeczne – to nie są warunki sprzyjające budowie mocarstwowej pozycji. Branża motoryzacyjna i przemysł chemiczny znalazły się pod presją. Symbol niemieckiej potęgi przemysłowej – Volkswagen – ogłosił plan redukcji kosztów o 20 procent do 2028 roku, co oznacza dziesiątki miliardów euro oszczędności i redukcję tysięcy miejsc pracy. Słaby popyt w Chinach, cła w USA, rosnąca konkurencja azjatycka – to realne wyzwania. Medium „Business Insider” obnaża szczegółowo obszary niemieckiej gospodarki, ktorymi nie ma powodu chwalić się samozwańczy „lider Europy”. W poprzek jego ambicjom przywódczym stoi niepewna sytuacja gospodarcza kraju. Do tego zauważa się w Niemczech pogłębiajacą się erozję systemu, niektóre media mówią o anomii społeczeństwa, w którym wygasają normy społeczne i przetasowały się tradycyjne wartości etyczno-morlalne, ponadto rosną napięcia społeczne po otwarciu granic dla migrantów przez Angelę Merkel i niepewność jutra. Katastrofalnie wzrosła liczba przestępstw z użyciem przemocy i niebezpiecznych narzędzi, mnożą się strzelaniny - głównie z udziałem migrantów. Potęgują się napięcia na scenie politycznej i zaostrza się ostracyzm względem opozycyjnej partii AfD.
Jak wynika z wyżej przedstawionego braku stabilizacji gospodarczej, politycznej i społecznej - nic nie upoważnia Merza do roli „wodza”, a kraj zmagający się z wyżej wymienionymi wyzwaniami nie jest w stanie udźwignąć ciężaru europejskiego przywództwa.
Kontynent europejski pod egidą obecnej Unii Europejskej musi jeszcze „dorosnąć” do emancypacji od Stanów Zjednoczonych – która pozostaje na razie w sferze marzeń. Żaden z graczy europejskich, ani w Berlinie, ani w Paryżu, ani tym bardziej w Londynie, nie ma na tyle sprawności i kompetencji, aby samodzielnie zrekompensować brak jedności całego europejskiego kontynentu. Co prawda Macron wygłosił w Monachium mowę i przedstawił swoją dawną koncepcję strategicznej autonomii Europy, ale najlepsze przemówienie nie wytycza kierunku działań. Problem pojawia się przy wdrażaniu w życie tych planow. Kanclerz Merz, brytyjski premier Starmer i Ursula von der Leyen zaprezentowali się tam dobrze, ale żaden z nich nie jest w stanie poprowadzić Europy w nowym kierunku. Fakt, że wszyscy ci politycy, przywódcy państw i instytucji europejskich pojawili się w Monachium osobno i w różnym czasie, o czymś świadczy: mianowicie potęguje wrażenie braku jedności w Europie!
Podsumowując: autonomia strategiczna brzmi dobrze w przemówieniach. „Samonośny filar NATO” brzmi dumnie. „Emancypacja od Stanów Zjednoczonych” – jeszcze dumniej.
Ale polityka to nie retoryka. Przywództwo to nie deklaracja. Mocarstwowość nie rodzi się z konferencyjnych przemówień w monachijskich hotelach. Europa nie jest dziś ani militarnie samowystarczalna, ani politycznie zjednoczona, ani gospodarczo na tyle stabilna, by udźwignąć ciężar globalnego przywództwa bez amerykańskiego parasola. Niemcy zaś – mimo ambitnych planów i rekordowych budżetów – dopiero nadrabiają wieloletnie zaniedbania.
Dlatego zapowiedzi Berlina o przejęciu steru w Europie brzmią bardziej jak polityczna projekcja, niż realny plan działania. Jak ambitna wizja – ale bez fundamentu.
W obliczu pokazu siły woli i skuteczności militarnej Ameryki w konflikcie z Iranem plany niemieckiego kanclerza są bardziej „marzeniem ściętej głowy”, niż realistyczną strategią przejęcia przywództwa w Europie.