Zamach

przez Bartek Bukowski

Anis Amri

Stacja radiowo-telewizyjna "rbb" dla Berlina i Brandenburgii  wyprodukowała film dokumentalny pod tytulem "Der Anschlag" (Zamach) pokazujący chronologicznie wstęp do zamachu z 19 grudnia 2016 na jarmark bożonarodzeniowy na Breitscheidplatz w Berlinie, dokonanego przez zakwalifikowanego już wcześniej jako wyjątkowo niebezpiecznego zamachowca, który wjechał w tłum ludzi na jarmarku swiatecznym, zabijając dwanaście i raniąc ponad sześćdziesiąt osób.

Znakomita "większość osób odpowiedzialnych w urzędach i ministerstwach" odmówiła udzielenia wywiadów do tej dokumentacji. "Najczęściej ze względu na toczące się śledztwo." To nie dziwi, gdyż rozmiar pomyłek popełnionych przez przeciążone niemieckie służby policyjne w przypadku Anisa Amriego, nawet w stosunku do innych zamachów, jest porażający. Tak często można go było ująć, tak często - mimo jego znanych wykroczeń, nie działo się nic, że na koniec Amri musiał się sam sobie wydać wybrańcem losu.

Reporterzy" rbb" i "Berliner Morgenpost" zrekonstruowali wydarzenia, drogę zamachowca, a także przeanalizowali tajne akta i notatki policji. Film skupia się na pytaniu o odpowiedzialność urzędników: Jak mogło dojść do tego, pomimo że Amri znany był urzędom w Nadrenii Westfalii i w Berlinie, a jego nazwisko "pojawiało się wielokrotnie na porządku dziennym" odpraw w tzw. Wspólnym Centrum Odpierania Terroryzmu (GTAZ) - komórce koordynującej służby bezpieczeństwa krajów związkowych?

Głos zabrali śledczy i eksperci ds. bezpieczeństwa, m.in. były prokurator federalny i dochodzeniowy berlińskiego senatu, Bruno Jost. Ale w tym dokumencie znajdziemy też rozmowy z rodzinami ofiar i przelotnymi znajomymi Amriego, nawet, jeśli są one drugoplanowe. Reporterzy rozmawiali z dawnymi członkami grupy aresztowanego w międzyczasie kaznodziei - salafity Abu Walaa, który podejrzany jest o rekrutacje młodych niemieckich muzułmanów dla IS. Federalny Urząd Śledczy (BKA) przypuszcza, że Amri uzyskał od niego "błogosławieństwo" dla swojego zamachu jakieś pół roku wcześniej podczas prywatnej audiencji.

Reporterzy Sascha Adamek, Jo Goll, Susanne Opalka, Norbert Siegmund i Ulrich Kraetzer nie poszli na łatwiznę. Krok po kroku prowadzą widza przez serię błędnych ocen i awarii urzędów bezpieczeństwa. Już w październiku 2015 Amri był notowany przez Urząd Ochrony Państwa w Krajowym Urzędzie Śledczym (LKA) Nadrenii Westfalii, jako "Prüffall Islamismus". Tylko LKA nie powiadomił o tym lokalnej policji i innych urzędów.

W Duisburgu i Dortmundzie Amri stworzył siatkę islamistów. Jeden z nich okazał się być informatorem - tzw. osobą zaufania (V-Mann) LKA, prowadzoną tam jako "VP01" o imieniu Murat. W procesie przeciwko Abu Walaa oskarżenie opiera się na jego zeznaniach, zauważa jednak, że "osoba zaufania wymknęła się spod kontroli". VP01 zeznał, że zachowywał się odpowiednio do uzgodnień tak, aby sygnalizować swoją stałą gotowość do dokonania zamachu i by osoby planujące możliwe zamachy wtajemniczyły go w swoje plany."

Później sam Amri by obserwowany i został informatorem mimo woli - zbyt wartościowym, aby go spalić. Druga połowa filmu koncentruje się na działaniach berlińskiej policji, która wprawdzie już w lutym 2016 była w posiadaniu interesujących danych z telefonu Amriego, jednak nie dokonała ich analizy, ponieważ istnieje tutaj potężny "zator". Jeszcze, kiedy Amri był obserwowany, funkcjonariusze LKA nie zgłosili jego aktywności jako handlarza narkotykami obserwatorom. Urzędnicy patrzą i nic nie robią. Obserwacja nie przynosi efektów, prowadzona jest zresztą od poniedziałku do piątku "w godzinach urzędowania". Kończy się więc obserwację i tuszuje później ten fakt.

Również prezydent berlińskiej policji Klaus Kandt otrzymuje w filmie okazję, aby wypowiedzieć się co do roli jego urzędu w przypadku Amriego. W filmie Kandt tak trzeźwo podsumowuje sytuację: "Było jasne, że nie jesteśmy w stanie obserwować każdej osoby przez cały rok. Było też jasne, że w końcu któryś nam się wymknie i nie rozpoznamy planowanego przestępstwa. I tak właśnie się stało."

Ale wróćmy do chronologii:

Amri przybył do Włoch w 2011 roku, gdzie dostał dodatkowe 4 lata za rewoltę w więzieniu. Jednak udało mu się wyjechać do Niemiec - w 2015 wmieszał się w potok uchodźców. Mimo, że figurował w bazie danych, nie dokonano porównania jego cech biometrycznych. Posiadał kilkanaście tożsamości, na które stawiał wnioski o azyl i zapomogi. Okradał nie tylko państwo, ale i współlokatorów, najczęściej przywłaszczając sobie ich telefony komórkowe. Donosili więc na niego na policję, do Urzędu Ochrony Państwa i innych służb.

W Emmerich nikt się nie domyślał, kto tam zamieszkał, a w Duisburgu brał udział w "seminariach islamskich".

W świetle tych faktów, Krajowy Urząd Śledczy w Nadrenii Westfalii to kupa amatorów. Kpiny z ofiar i świadków, biurokracja bez granic. Nawet "VP01" donosił na Amriego i zakwalifikowano go w końcu jako "niebezpiecznego". W Berlinie został zatrzymany, pobrano odciski dłoni, skopiowano zawartość telefonu, ale jej nie przeanalizowano. Kilkaset takich komórek czeka latami na rozpracowanie…

"W internecie znajdują się tysiące zdjęć islamistów z bronią na tle odpowiednich haseł." - mówi Kandt.

Na jednym z czatów Amri zgłosił się jako Dugma - ochotniczy zamachowiec samobójca. Był 7 razy tematem odpraw na policji. LKA w Berlinie i NRW nie dokonały porównania danych o Amrim, mimo zawartego porozumienia na ten temat. Protokoły w Centrum Obrony Przed Terroryzmem są nic niewarte - zwykłe zabezpieczanie się przed odpowiedzialnością i konsekwencjami według zasady "Melden macht frei", czyli "meldunek czyni wolnym".

Popełnione zostały błędy kolosalnych rozmiarów, ale nadal nikt nie wyciąga wniosków. Ciągłe choroby odpowiedzialnych za śledztwo policjantów, bez zabezpieczenia zastępstwa itd. itp.

Amriego można było zdjąć już dawno za handel narkotykami. Mimo, że był numerem 1/1a na liście priorytetów berlińskiego LKA i 3-4 miesiące pod obserwacją, to obserwację zakończono.

Dramatyczny brak fachowców w LKA Berlin jest według związków zawodowych policji jedną z przyczyn, na którą od dawna zwracano uwagę: "Siedzimy na beczce z prochem". Ponadto LKA Berlin jest dramatycznie nieprzygotowany. Nie wiedzą nic, bo i jak? Wystarcza im personelu na równoczesną obserwację maksymalnie 2 ludzi. Berliński LKA nie zgłosił jednak zapotrzebowania na wsparcie, bo "Berliner są thebeściaki" - żaden nie przyzna, że czegoś nie mogą czy nie potrafią.

Wiele miesięcy wcześniej Amri dokonał napadu z użyciem niebezpiecznego narzędzia, LKA dostał film z monitoringu, a mimo to nie stało się nic. Kiedy Amri chciał wyjechać do Tunezji, policja zatrzymała autobus i wyciągnęła go z dwoma fałszywymi paszportami. Doprowadzając go przed sędziego nie przedłożyła żadnej dokumentacji o delikwencie i sędzia go wypuścił.

W Ludwigshafen można go było przymknąć. Brak było jednak papierów z Tunezji, bo Federalny Urząd Śledczy BKA nie powiadomił władz tego kraju o problemach z Amrim i Tunezja nie wystawiła dokumentów na prawdziwe nazwisko. 4 miesiące przed zamachem wypuszczono go więc 2 razy z rąk!

"Nic dziwnego że popadł w euforię i uważał się za wybrańca" - stwierdza Murat. "W Niemczech wolno wszystko!"

W Emmerich policja była poinformowana, ale Staatsschutz (UOP) nie pozwolił nic zrobić. Dlaczego?

Grupa Abu Walaa w Hidesheim została rozbita, ale Amri uciekł do Berlina i tam "realizował swój Projekt". To powinno w Berlinie wywołać alarm. Tymczasem nie zrobiono nic, a Amri siedział sobie w meczecie Fussilet w Berlinie.

Znajomy, prawdopodobnie pomocnik Amriego, Ben Amal został wydalony z Niemiec 6 tygodni po zamachu - był być może najważniejszym świadkiem - robił zdjęcia na Breitscheidplatz kilka tygodni przed zamachem. Dlaczego odesłano go z Niemiec???

Wiemy, że kiedy rozchodzi się o bagatelne przypadki drobnych kradzieży sklepowych albo niemal już przedawnione sprawy, to niemiecka policja doskonale i szybko radzi sobie z zatrzymaniem podejrzanych, aczkolwiek wykrywalność spadła tutaj bardzo mocno w przeciągu ostatnich lat. Kiedy jednak mamy do czynienia z terrorystą, następuje kompletna zapaść. Bardzo podobne schematy obserwujemy w sprawie mordów dokonywanych pod nosem urzędów bezpieczeństwa przez tzw. narodowo-socjalistyczne podziemie (NSU).

W filmie nie ma mowy o tym, skąd Amri wziął broń - kto mu ją dostarczył. Trudno się rozpisywać o tym, czego w filmie jeszcze nie ma, ale to nie dziennikarze i reporterzy winni są zaniedbań prowadzących do tej katastrofy. Winni na wysokich stanowiskach w ministerstwach i ci w komisariatach, czy umyślnie, czy nieumyślnie, czy też przez brak wyobraźni, albo z powodu lekceważenia przeciwnika, nie ponieśli dotychczas konsekwencji. A przecież każdy z wyżej wymienionych powodów ich dyskwalifikuje.

Zdumiewa również fakt, że Amri zdołał po zamachu przejechać bez problemu przez całe Niemcy, a we Włoszech zastrzelił go pierwszy napotkany patrol policji.

http://www.ardmediathek.de/tv/Reportage-Dokumentation/Der-Anschlag/Das-Erste/Video?bcastId=799280&documentId=48312570

Wróć

Wydarzenia

> Lipiec 2019 >
Nie Pon Wto Śro Czw Pią Sob
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31